sobota, 10 marca 2012

Rozdział 27: "He always wanted wedding in Valentine's Day"


- Więc przenosisz wszystkie „iksy” na lewo, a normalne liczby na prawo, ale tym co przenosisz zmieniasz znak. Rozumiesz? – tłumaczyła mi następnego dnia matmę Eleanor.
- Mhm – mruknęłam i dokończyłam równanie. – Dzięki – uśmiechnęłam się do niej.
- Nie ma za co. Gdzie jest Devonne?
- Poszła do szpitala z Michael’em – odpowiedziałam. – Idę na spacer z Monią, przyjdę na kolację, ok? – powiedziałam, a ona tylko pokiwała głową. Ubrałam kurtkę i adidasy, bo było dość zimno. Pieprzona brytyjska pogoda. Ale chociaż było sucho…
- Rozmawiałam dzisiaj z Żan i mówiła, że zaprosiła na ten ślub Michael’a, wiesz? – powiedziała mi.
- Wow! Nie żartowała z tym „ciachem”. Dziwię się, że nie zaprosiła Harry’ego – kopnęłam kamień przed sobą.
- Mówiła, że był jakiś dziwny i wąchał jej włosy.
- Pewnie za dużo wypił – wzruszyłam ramionami. – Mówiłam ci o Nathan’ie?
- Nie musiałaś. Żaneta ciągle chatuje z Mike’m i powiedział jej o wszystkim. Cholera, on naprawdę się zakochał…
- Ekhem, nie zapominaj o Nialleru! – sprowadziłam ją na ziemię.
- Just sayin’! – uniosła ręce w geście poddania. – Tęsknię za Zayn’em… - zrobiła smutną minkę.
- Nie ma ich dopiero tydzień… Ale rozumiem cię, dziwnie tak w domu bez nich. Taka oaza czystości i spokoju – parsknęłam śmiechem.
- A co… co właściwie się stało?
- Masz zaniki pamięci? Wyjecha…
- Chodzi mi o ciebie i Hazzę.
Zatkało mnie. Jakoś nikt wcześniej nie dociekał, o co poszło. Nieporozumienie, kłótnia i tyle. A najgorsze było to, że pytała mnie Monika. Zayn by mnie ukatrupił, jakbym jej powiedziała. Ona by mnie za to ukatrupiła!
- Emm… Muszę o tym opowiadać? – westchnęłam.
- Nie chcę być wścibska, ale po prostu mnie to ciekawi – odparła spokojnie. – Znaczy mam nadzieję, że teraz jesteś szczęśliwa, ale…
- Wiem co widać, brak chemii między mną a Cory’m. Jestem tego świadoma. Ale ja go lubię, on mnie lubi, co w tym złego? – wzruszyłam ramionami, chowając ręce w kieszeniach kurtki.
- Między Niną i Liam’em też jest brak chemii. Po za tym prawie ze sobą nie przebywają. Cholera, tak trudno wyczuć miłość. Ale gdyby się nie kochali nie wytrzymali by bez siebie. Czy Bóg musi tak to cholernie komplikować?! – uniosła ręce i głowę do nieba wywołując we mnie atak śmiechu.
- Chrystus tak chciał!!! – wykrzyknęłam słowa mojego kolegi ze starej klasy w Polsce i obie dostałyśmy głupawki. Nagle w głowie mi zawirowało, zachwiałam się i upadłam na trawę. Monia pomogła mi wstać, nadal się śmiejąc. Pewnie myślała, że zrobiłam to specjalnie. Ale ja spoważniałam i spojrzałam na zegarek: była już siedemnasta, a godzinę kolacja.
- Nie boisz się tak sama w domu mieszkać? – zdziwiłam się.
- Kwestia przyzwyczajenia – wzruszyła ramionami. – Po za tym czasami przychodzi Zayn… - zarumieniła się.
- Wy… znaczy się, nie żebym była ciekawa, ale…
- Tak – odpowiedziała krótko. Pokiwałam głową i odchrząknęłam:
- Może przyjdziesz do nas dzisiaj na kolację? Dzisiaj Eleanor gotuje – dodałam.
- Hmm… Odgrzewana pizza kontra super danie od El… No trudny wybór – zaśmiała się. – Jasne, no to idziemy?
- Taa… - mruknęłam, patrząc na ławkę, na której napisałam Drunk.
- Co z Nathan’em? – spytałam Devonne, jedząc spaghetti.
- Nadal w śpiączce – grzebała w talerzu, ale mało jadła. I znałam tą minę. Martwiła się. – I stwierdziłam, że co 2 dzień będę mu oddawać 25ml krwi – westchnęła.
- Żartujesz, prawda?! – odezwała się z ustami pełnymi makaronu Eleanor. I nawet wtedy wyglądała ślicznie.
- Mam taką grupę jak on – wzruszyła ramionami.
- Nie Devvie, ja mu jutro oddam. Mam 0Rh+, to taka uniwersalna. I tak się wybieram do tego szpitala jutro, wysłała mnie do ginekologa ta pediatra, jakaś dziwna – zjadłam trochę spaghetti.
- Ja to uważam za zły pomysł, żebyście w ogóle oddawały tą krew – stwierdziła El.
- Zawsze chciałam być honorowym dawcą, im wcześniej, tym lepiej – wzruszyłam ramionami.
Wieczorem przyjechała do nas Camille, na przepustkę z internatu, bo chciałyśmy zrobić taki babski wieczór: ja, Devonne, Monika, Camille, Eleanor i Danielle. Tak moi drodzy, Danielle Peazer. To, że rozstali się z Liam’em nie skreśla jej z listy moich znajomych.
- Kurde w końcu jakieś normalne towarzystwo. Od tej pijanej Bridget i zielonowłosej Niny na wymioty mnie zbierało – mruknęła Camille, którą zdążyłam już poznać z resztą dziewczyn. – Danielle, dlaczego nie wpadłaś na osiemnastkę? Ale było party hard! I Ed Sheeran, Justin Bieber… DJ MALIK!
- Ty tam, młoda, DJ Malik jest mój – wyszczerzyła się do niej Monika.
- Byłam w trasie z Cher Lloyd jako tancerka w tle. No wiesz, USA i te klimaty – odpowiedziała jej Danielle, związując gęste loki w koński ogon.
- Ale od mojego ślubu się nie wymigasz! – dała jej kuksańca w bok El. – Trasa kończy się na początku lutego, więc planujemy na Walentynki.
- Harry zawsze chciał wziąć ślub w Walentynki – wypaliłam z kamienną twarzą. Dziewczyny spojrzały na mnie, a ja wybuchnęłam nagle histerycznym płaczem. Devonne tylko mnie przytuliła, bo wiedziała, że w takim wypadku po prostu muszę się wypłakać i tyle.
- Ej, kto to? – wskazała na zdjęcie w telefonie Dev Camille.
- To to ciacho z The Wanted, Nathan Sykes – odpowiedziała jej szybko Danielle. Akurat przestałam płakać, więc z czerwonawymi oczami mogłam zrobić zabójczy wzrok.
- Taki tam brat przyszywany Michael’a – zaśmiała się Monika. – W ogóle weźcie, Żan coś przed nami ukrywa.
- Dum dum dum duuuum – mruknęłam jak na filmach.
- No bo tam czatuje z Michael’em, ten jej dodaje słit komentarze pod zdjęciami na Facebook’u, takie konwersacje mają na Twitterze. Jeden cud-miód – zdała nam relację.
- On ma urok Horan’ów, temu trudno się oprzeć – stwierdziła Devonne.
- Tak, tak, to też. A ona ma urok naszej Żanci – wyszczerzyłam się, a potem popatrzyłam Moni w oczy i znowu wybuchnęłam płaczem. Jak mogłam sobie żartować, podczas gdy obie straciłyśmy dziewictwo z tym samym chłopakiem? W tym samym miesiącu? Ba, w tym samym tygodniu może nawet.
- Co ci dzisiaj? – zdziwiła się Camille.
- Nic, dobra, nie ważne – mruknęłam przez łzy. – Ostatnio mi coś odwala – dodałam i resztę wieczoru spędziłyśmy na ploteczkach.
(perspektywa Devonne)
Następnego dnia po lekcjach poszłam od razu do szpitala.
- Kiedy się obudzi? – spytałam na poczekaniu lekarza.
- Około trzech tygodni – odpowiedział. – Masz zamiar tak codziennie tu przychodzić? – uniósł brew.
- Chcę oddawać dla niego krew.
- Niestety pielęgniarka, która ci ją wczoraj pobrała została zwolniona. To nielegalne pobierać krew od osoby niepełnoletniej.
- A co jeśli jest zagrożenie życia?
Lekarz zamilknął, a potem odchrząknął:
- Przykro mi – odparł tylko i poszedł przed siebie. Nie no to, super. Nie ściągną mi np. nie wiem, Margaret z grupą uniwersalną, bo jest niepełnoletnia. Dobrze wiedzieć, gdzie nie zagrażać sobie życia.
(tymczasem, perspektywa Margaret)
- Dzień dobry – przełknęłam ślinę, wchodząc do gabinetu ginekologa. Była to młoda kobieta o krótkich, rudych włosach i brązowych oczach.
- Cześć, witaj. Margaret, tak? Zapraszam – poklepała miejsce na kozetce i włożyła rękawiczki. – Pierwszy raz tutaj?
- Tak. Mam pani pokazać kalendarzyk czy coś? – spytałam.
- Nie, to nie jest potrzebne, ale rozbierz się.
Jak kazała, tak zrobiłam. Zrobiła, jak to nazwała, „podstawowe badania”, ale miała taką dziwną minę…
- Kochanie, czy ty… czy ty się już z kimś kochałaś? W sensie fizycznym?
- Ja… - zaczerwieniłam się po sam czubek głowy. Cholerna błona dziewicza. – Tak – westchnęłam, a ona spuściła wzrok, zdjęła rękawiczki i wzięła mnie za rękę. A to dziwne…
- Bo wiesz o tym, że jesteś za młoda, prawda? – brzmiała naprawdę, jakbym nie wiem, zabiła kogoś…
- Wiem, ale… nie chcieliśmy, po prostu…
- Nie no, ja to święcie rozumem, młodzi, głupi, tak, tak, tak… Ale nie pomyśleliście o zabezpieczeniu?
- Co pani ma na myśli?! – powiedziałam głośnym szeptem, czując, że w gardle rośnie mi gula.
- Jesteś w trzecim tygodniu ciąży – oznajmiła oficjalnym i pełnym zawodu tonem. Osunęłam się z kozetki na podłogę i przez długi czas wpatrywałam się w przestrzeń przed sobą. Ja nie mogłam być w ciąży. Testy nie kłamią. Nie mogłam nosić w sobie dziecka Zayn’a. Ale wszystko powoli mi się układało: wymioty, huśtawki nastrojów... Miałam dopiero 14 lat, do cholery! Co z moją karierą, normalnym życiem? Co z karierą One Direction…?
- Margaret… Jeśli chcesz, mogę cię skierować do psychologa, pomoże ci...
- Kiedy i gdzie mogę usunąć to dziecko? – spytałam oschle ignorując spływające po policzkach łzy.
- Ja… nie mogę dać na to zezwolenia. To nie zagraża ani twojemu życiu i zdrowiu, ani dziecka. Wierzę w ciebie. I mam nadzieję, że ojciec dziecka też ci pomoże – powiedziała, pomagając mi wstać.
- Ojciec dziecka wyjechał i wróci za jakieś pół roku – mruknęłam.
- Zaraz… Margaret Perry, prawda? Moja córka uwielbia twój cover z Bieber’em i powiedziała, że ty i Harry… czy to on jest ojcem?
- Nie mogę udzielić pani tej informacji. Dziękuję… do widzenia – chwyciłam torbę, wybiegłam od ginekolog i pobiegłam do toalety. Zamknęłam się w kabinie, a z piórnika wyjęłam cyrkiel. Zaczęłam ryć sobie na ręce napis BITCH. Bolało jak diabli, a krew spływała po białych i sterylnych kafelkach, ale nie dbałam o to. Byłam w ciąży z Zayn’em. Zniszczyłam mu i sobie życie. Jego związek. Zespół. Zraniłam Harry’ego. Cory’ego. Teraz pokutowałam, za wszystko. Ale chociaż nie byłam sama. Siedziało we mnie to dziecko i płaciło razem ze mną.
- Za takie jak my. Wyrzutki i anomalia społeczne – mruknęłam do płaskiego brzucha i oblizałam z krwi końcówkę cyrkla. – Za nas.

Boo! No i macie 27 rozdział. Zaskoczeni ciążą? Nie wydaje mi się, przewidywalna jestem, haha. W każdym razie proszę, macie. Bijcie mnie za to, hahaha. NIE, NIE BOJĘ SIĘ XD
I jeszcze jedna informacja, co do nowego bloga. TUTAJ macie bohaterów, Prolog 30 marca, wtedy, kiedy dodam tu Epilog. Mam nadzieję, że będziecie czytać. Nowa historia będzie nieco inna niż wszystkie, ale... sami zobaczycie. To będzie bardziej dramat niż komedia, mówię od razu.
@MargaaStyles xx

wtorek, 6 marca 2012

Rozdział 26: "Why you so mean to me?"


Pod koniec imprezy wpuszczono kilka gazet do porobienia zdjęć z niej. Już widziałam w gazetach swoją podpisaną przez Ed’a koszulkę i komentarze co do niej. Justin też był dla dziennikarzy dość miłym zaskoczeniem. A potem się oficjalnie żegnaliśmy, bo chłopcy jutro odsypiali imprezę(w sumie to był ten sam dzień, impreza się skończyła ok. 4 nad ranem), a 1 września wyjeżdżali do Londynu na pierwszy koncert, a potem prosto do Paryża na kolejny. Miałam nie widzieć moich przyjaciół przez 4 kolejne miesiące. Dołujące, ale przecież nie mogli zawieść fanów. Dziewczyny całowały się ze swoimi chłopakami, przytulały 4 pozostałych. Ja przytuliłam, wycałowałam w policzki i w ogóle Niall’a, Louis’a, Zayn’a i Liam’a… I przyszła pora na Harry’ego. Staliśmy naprzeciwko siebie w niezręcznej ciszy. W końcu odchrząknęłam i powiedziałam:
- No to… powodzenia – wyciągnęłam do niego dłoń, którą uścisnął i lekko się uśmiechnął. A potem wsiadł do podstawionego pod dom tourbusu. Żegnajcie, One Direction. Au revoir!
Dziwnie było schodzić na śniadanie, będąc tylko z Devonne i Eleanor w wielkim domu. Żaneta pomieszkała u nas do 31 sierpnia, tak samo jak Nina, a potem wróciły do Polski i Szkocji, w końcu miały szkołę… Wielki, pusty dom na wsi. Jak nawet wstawałam w nocy po wodę do kuchni to było przerażające, że tylko za jednymi drzwiami ktoś jest…
Po kilku dniach Ed pojechał do studia, żeby nagrać Drunk, który stał się jego nowym, oficjalnym singlem promującym rozszerzoną wersję jego debiutanckiego albumu. Brzmiało to tak… dostojnie. A na okładce singla moje uśmiechnięte zdjęcie wycięte z gazety, gdzie pół twarzy zasłaniają mi rozpuszczone włosy i pokazuję palcem na swoją koszulkę.
Ale nadal wymiotowałam rano. Raz niechcący nie zamknęłam drzwi na klucz i do łazienki wparowała Devonne.
- Cholera – mruknęłam, wycierając twarz papierowym ręcznikiem, który zawsze miałam pod ręką, a potem wypłukałam usta wodą.
- Naprawdę długo to masz. Idź do lekarza – poleciła.
- Liam dał mi jakieś leki…
- Pomogły?
- Nie.
- To idź do lekarza – uparła się.
- Dobra, dobra, PÓJDĘ! Jutro – umyłam zęby i zaczęłam się szykować do szkoły. A co, myśleliście, że miałyśmy labę? Jakby nas złapali na wagarowaniu to by nam się dopiero dostało! W szkole nuda, jedyne co mnie pocieszało, to widok Cory’ego na kilku lekcjach i każdej przerwie. Chyba trochę dołowaliśmy Devonne tym, że jej chłopak wyjechał, a mój był „pod ręką”, ale nie wspominała o tym…
(perspektywa Devonne)
Wracałam właśnie z przystanku autobusowego, bo to po wyjeździe Louis’a był nasz jedyny środek transportu. Margaret poszła sobie do Cory’ego w Londynie, więc wracałam sama. Cholera, dlaczego musiał być tak podobny do Niall’a?! Ale spokojnie, nie zakochiwałam się w nim. Proszę was, ja widziałam jak siadał na nocnik, haha.
- Devonne! – krzyknął ktoś za moimi plecami. Odwróciłam się. Przede mną stał ni mniej, ni więcej tylko Nathan Sykes.
- Oh, zapomniałeś mi przypomnieć, że twój adoptowany brat to brat bliźniak Niall’a? – zatrzepotałam rzęsami.
- Nie myślałem, że to cię obchodzi.
- Nie, wcale, nie obchodzi mnie mój chłopak. Nie, w ogóle – parsknęłam udawanym śmiechem.
- Dlaczego jesteś dla mnie taka niemiła?! – spytał, wykrzykując mi to w twarz.
Dlaczego, Nathan? Bo mi się podobałeś? Bo ta cholerna wróżba przeznaczyła mi kogoś na „N” i mimo iż byłam niemal pewna, że to Niall to miałam wątpliwości? Bo mamy podobny gust co do książek? Bo…
- BO CIĘ LUBIĘ, IDIOTO! – krzyknęłam w końcu, wychodząc na pasy na drodze. Zobaczyłam błysk. Nathan skoczył i mnie odepchnął. Upadłam tyłkiem na chodnik, ale on… kierowca po prostu po nim przejechał. Roztrzęsionymi rękami wyjęłam telefon i zadzwoniłam po pogotowie. Wokół jego poturbowanego ciała była ogromna kałuża krwi. Po policzkach lały mi się łzy strumieniami. Ledwo wydukałam miejsce, w którym jesteśmy. Podeszłam do nieruchomego ciała piosenkarza. Chyba oddychał, bo unosiła mu się klatka piersiowa. To dobry znak. Odetchnęłam głęboko, ale nadal cała się trzęsłam. Pogotowie zabrało nas oboje, ale ja miałam tylko stłuczony tyłek i zadrapane ramię. A on…
- Co z nim? – spytałam lekarza na ostrym dyżurze.
- Trwa operacja, złamał 3 żebra, ale na szczęście żadne nie wbiło mu się w płuco. Nie oszukujmy się, to auto po prostu po nim przejechało. Wyliże się, ale na to potrzeba czasu. Dużo czasu. Będzie w śpiączce przez jakiś tydzień, dwa, może nawet miesiąc. To się okaże – odparł. – Jesteś jego dziewczyną? – spytał w końcu.
- Nie, ale… - lekarz uniósł brew. – Nathan uratował mi życie. Gdyby nie on, to ja teraz bym leżała na stole operacyjnym – i oczy znowu zaszkliły mi się łzami. – Przepraszam pana… - mruknęłam i z pomocą chusteczek jakoś się ogarnęłam. Postanowiłam zadzwonić do Eleanor, najstarszej osobie w naszym domu. Sygnał, dwa… „Jeśli nie odbieram, to znaczy, że jestem zajęta, zostaw…”. Rozłączyłam się. Eh. No to dzwonimy do Margaret…
- Halo? – odebrała po pierwszym sygnale.
- Jestem… przyjedź do tego szpitala niedaleko szkoły, ok?
- Boże, co ci się stało?! – spytała przejęta.
- Mi nic, ale… przyjedź. Może od razu pójdziesz do lekarza.
- Ok… Do zobaczenia na miejscu – odpowiedziała i rozłączyła się.
- Jaką masz grupę krwi? – spytała mnie pielęgniarka.
- Ee… A Rh+ - przypomniałam sobie.
- Bo twój przyjaciel… Ile masz lat?
- 14.
- Cholera. Ale 25ml możesz oddać w sumie… - mruknęła pod nosem. – Bo chyba chcesz oddać krew dla przyjaciela, prawda?
- T-tak… - odparłam, chodź za „przyjaciela” go nie uważałam. Po pobraniu krwi kazali mi zjeść ciastko i popić sokiem. Mmm. No i po wyjściu z krwiodawstwa na korytarzu zastałam Margaret, umawiającą się na wizytę. Wykłócała się o coś z recepcjonistką.
- Mój opiekun prawny jest we Włoszech albo Hiszpanii, a moi rodzice w Polsce, więc albo pani dzwoni albo wyrzygam sobie gardło! – usłyszałam. Cała Margaret… W końcu kobieta poddała się i wzięła od niej telefon. Zaczęła wpisywać jakieś dane na kartkę i podała ją mojej przyjaciółce, która popatrzyła na mnie ze zwycięskim uśmiechem.
- Dobra, co się stało? – spytała, chowając kartkę do torby.
- Nathan mnie uratował.
- Pan „Oh Jaki To Ja Nie Jestem Bo Jestem W The Wanted”? – uniosła brew.
- Ej, to nie jest śmieszne, ona ma teraz poważną operację – broniłam go.
- Nie żartujesz… - spoważniała. – No to… no współczuję mu… - zmieszała się, a ja westchnęłam i opowiedziałam jej, co się wydarzyło.
- Powinnaś mu podziękować. No wiesz, całus w policzek czy coś…
- Żartujesz, prawda? Albo niedosłyszysz. Od tygodnia do miesiąca będzie w śpiączce!
- Czy ja mówię, że teraz? Ale TERAZ-zaraz to ja mam wizytę u lekarza, na dole. Jakby co to mnie szukaj w poczekalni do pediatry – powiedziała i zjechała windą na dół.
(perspektywa Margaret)
- Co ci dolega? – spytała puszysta lekarka w średnim wieku.
- Od ponad dwóch tygodni co rano wymiotuję, ale NIE wywołuję tych wymiotów – dodałam wiedząc, że pewnie obstawi bulimię.
- Rozbierz się – poleciła. – Co jadasz?
Zdjęłam sweter przez głowę, a włosy mi się naelektryzowały.
- Mięso, trochę owoców, warzywa, a zwłaszcza marchewki, zapewne dużo cukru…
- Mhm – mruknęła przyglądając mi się, a ja ściągnęłam podkoszulek przez głowę i stałam przed nią w samym staniku. Zaczęła mnie normalnie badać, jak oddycham, zajrzała do gardła itd.
- Masz trochę podrażnione gardło, ale to zapewne od tych wymiotów. Brałaś na to jakieś leki?
- Liam… znaczy się… bo ja mieszkam z One Direction, wie pani… - kobieta pokiwała głową. – No i on mi dawał taką herbatkę ziołową. I jakieś tabletki – wymieniłam jej nazwy.
- Nie, to powinno było ci pomóc, nic innego nie przepiszę… hmm… może to kwestia hormonów? Ubierz się – poleciła i tak też zrobiłam. – Masz tu skierowanie do ginekologa, ale przyjmie cię pojutrze, bo ma zwalone terminy – podpisała jakiś papierek i podała mi go. Zaśmiała się z mojej spanikowanej miny. – Spokojnie, to kobieta. Hetero-kobieta – dodała.
- Dziękuję pani… Do widzenia – wyszłam z gabinetu. Ok, od kiedy hormony miały w ogóle coś wspólnego z żołądkiem, no bo ja nie rozumiem?! Ale miałam tylko wiedzę o tym z lekcji biologii, więc nie wnikałam…
(tymczasem, perspektywa Harry’ego)
- Cholera, długo jeszcze tam będziesz siedział?! – walił w drzwi łazienki tourbusu Zayn, a ja mruknąłem pod nosem przekleństwo. Czy on nie wie, że wstrzykiwanie trochę trwa?! W trasie nie mogłem palić skrętów, bo zaraz byłyby jakieś plotki w gazetach, ale równie dobrze mogłem sobie towar wstrzykiwać. Logan zdążył pokazać mi jak, zanim Louis go wyrzucił. Wbiłem sobie igłę w żyłę, wstrzyknąłem narkotyk i odpłynąłem w swój piękny świat bez zmartwień. Po kilku minutach Zayn się poddał i przestał uderzać w drzwi, więc mogłem się jeszcze bardziej zrelaksować. Autobus spokojnie jechał, prosto do Rzymu, promienie słońca wpadały przez małe okienko, a ja uśmiechałem się naćpany do siebie. To było moje szczęście…

No taki sobie rozdział, mi się średnio podoba, ale liczy się wasza opinia ;)
Pytanie do was, Czytelników. Naprawdę ważne, odpowiedzcie na nie w komentarzu. A więc... Ten blog będzie miał jeszcze jakieś... 6 rozdziałów? No jakoś tak. I mam zamiar zacząć nowego bloga. To dla mnie naprawdę ważne. Na razie mam tylko zarys pomysłu i będę tęsknić za tą, tu obecną historią. Ale kończę ją, trzeba iść dalej. Będziecie go czytać? Prolog dodam w dzień dodania epilogu tutaj.

@MargaaStyles

piątek, 2 marca 2012

Rozdział 25: "I know you'll never love me, like you used to..."


Ed Sheeran zaczął śpiewać swoją nową piosenkę. Drunk(to piosenka do słuchania podczas czytania rozdziału - przyp.aut).
Tekst (przeczytajcie tłumaczenie, bo to jest naprawdę ważne, aby zrozumieć uczucia Margaret – przyp.aut. [KLIK]) był pisany prosto z serca. Podczas całego występu patrzyłam prosto na Harry’ego, ruszając ustami, bo znałam go na pamięć. Żaneta stojąca obok niego podeszła do Eleanor, jakby nie chciała przeszkadzać, czy coś. A on patrzył co chwila na Zayn’a. Wszystko przez refren.
„Maybe I’ll get drunk again, to feel a little love…”
Oh, musiał interpretować tylko ten głupi wers?! Kiedy ja otwierałam swoją duszę, przepraszając go. Chciałam, żeby był przy mnie, jak dawniej. Zasypiać przy jego boku, całować na powitanie i dobranoc. Chciałam buszować z nim w kuchni i obrzucać się mąką podczas robienia ciasteczek, całować się przy pisaniu tweetów do fanów, patrzeć jak spogląda na mnie kątem oka podczas wygłupów z chłopakami…
I dzięki głosowi Edwarda wszystko było lepsze. A co z Cory’m? Eh, to skomplikowane. Oczywiście, kochałam go, ale jak… Louis’a albo Niall’a. Jak przyjaciela. Tylko jakoś… bardziej, bo znaliśmy się od zawsze. Znałam go nawet dłużej niż Devonne. Myślicie, że przez tydzień nie wyczuł w moich pocałunkach fałszywej czułości? Wątpię w to. Ale byłam z nim, bo chciałam poczuć chodź trochę szczęścia…
Zrobiłam krok do przodu, próbując podejść do Styles’a, ale on tylko zarzucił loczkami i podszedł do Ed’a, gratulując występu. I czar chwili prysł. W oczach zebrały mi się łzy, ale zamrugałam kilka razy, aby się nie rozmazać i podeszłam do Devonne, która prowadziła Justin’a. Tak, no to czas na prezenty…
Niall podszedł do mnie i zaczął się jąkać, a ja podtrzymałam go, lekko się uśmiechając, bo widać było, że ma nogi jak z waty. Przejął go ode mnie Louis, a ja weszłam z Devonne i Justin’em na scenę.
- No więc Nialler, niedługo kończysz 18 lat. Ale wiemy, że nigdy nie przestaniesz być Belieberem – powiedziałam do mikrofonu.
- Kochamy cię! Zaprosiłyśmy go dla ciebie – dodała Devonne.
- Panie i panowie… - zaczęłam.
- … Justin Bieber! – skończyła moja przyjaciółka i wszyscy zaczęli klaskać.
DJ Malik puścił podkład i Justin z uśmiechem zaczął od „Happy Birthday To You”:
„Happy Birthday Dear Niall, Happy Birthday To You…”
Zakończył, a ja myślałam, że Horan tam zejdzie na zawał. Przytulił nas obie, a Devonne pocałował czule. Byli tacy słodcy, że to aż raniło.
Bieber śpiewał klasyk, One Time. No cóż, nigdy nie powiedziałam, że przestałam być Belieberką, więc podśpiewywałam pod nosem, podchodząc do Ed’a, który jadł chipsy.
- To prawda co mówiłeś o mojej piosence? – spytałam.
- Jesteś cholernie dobra. Jak wydasz album to daj mi znać. A propo, widziałaś gdzieś Harry’ego? Miał mi przynieść piwo z kuchni i do tej pory go nie ma.
- Hmm… pewnie zaginął w akcji – wzruszyłam ramionami. – Idę dać prezent Liam’owi. I… Ed? Podpiszesz mi się?
- Gdzie? – zaśmiał się, nie widząc w moich rękach żadnej kartki.
- Yyyy… na koszulce? – zaproponowałam, bo miałam na sobie białą bokserkę z napisem LEGO, na co rudowłosy się uśmiechnął. Machnął markerem podpis. – No to już nigdy jej nie wypiorę – westchnęłam i podeszłam do Cory’ego.
- Gdzie cię wcięło?! – syknął. – Przyszła Camille i ją też zgubiłem.
- Masz tendencję do gubienia kobiet – parsknęłam śmiechem, całując go w policzek.
- Pewnie poszła waszego DJ’a podrywać…
- Jak Monika ją wyczai to wyrwie jej włosy, wiesz o tym?
- Chcę to zobaczyć – podekscytował się, a ja pokręciłam głową z uśmiechem.
(perspektywa Żanety)
Podeszłam pod drzwi pokoju Liam’a i zapukałam w nie.
- Yyy… no cześć Liam – uśmiechnęłam się do niego.
- Cześć, cześć – odpowiedział, nie kryjąc rozbawienia.
- Co tam masz? – zaglądnęłam mu przez ramię i parsknęłam śmiechem, prawie się plując. No naprawdę, nie powinnam tyle siedzieć na Tiny z Margą i Monią. One mnie demoralizują. No dobra, w większości Marga. Ale jednak!
- Diamentowy kibel? Serio?! – zaczął się śmiać, oglądając dookoła wspólny prezent ode mnie i Moniki.
- No wiesz, na PRAWDZIWY diamentowy nas nie było stać… - uniósł brew, patrząc na moją minkę zbitego pieska. – Ale za to jest ze sztucznych! Wszystkiego najlepszego! – przytuliłam go. – A propo, widziałeś gdzieś Michael’a?
- Kogo? – zdziwił się.
- Aaaa, nie znasz jeszcze tej historii. No wiesz, „klon Niall’a”. To jego brat bliźniak. Devonne i Margaret ci kiedyś tam wytłumaczą – powiedziałam i zobaczyłam, że korytarzem idzie właśnie chłopak, o którym mówiłam. – No to pa! – i czmychnęłam Daddy’emu prawie wpadając na Mike’a.
- Piłaś coś?! – zaśmiał się.
- Jeszcze nie i nie mogę tak w ogóle.
- Ja już mogę prawie – wyszczerzył się.
- O cholera! Wszyscy tak latają nad Niall’em i Liam’em, a to przecież w sumie też twoja osiemnas…
- Przecież dopiero 13 września mam oficjalnie – puścił mi oczko.
- No ale wtedy ja już będę w Polsce – trochę posmutniałam, patrząc w jego śliczne, niebieskie oczy. – W sumie to za 2 dni kończą się u nas wakacje i muszę jechać do domu, nie ma bata – westchnęłam. – No i niestety nic dla ciebie nie mam – mruknęłam ciszej.
- Ale możesz mi coś dać – spojrzał mi głęboko w oczy, z uczuciem. Ale nie powiedział tego wcale z podtekstem. Tylko tak… naturalnie. Westchnęłam. Zawsze miałam nadzieję, że mój pierwszy pocałunek będzie z Harry’m, ale gdy go zobaczyłam na imprezie… kupka nieszczęścia. Zachowywał się jakby zaczął imprezę trochę wcześniej, naprawdę. „Pachną szałmą”? Haha.
Michael nachylił się nade mną i już-już mieliśmy się pocałować, ale wpadła na nas nawalona Bridget. Ugh, wkurzała mnie od początku imprezy!
- Majkeeej, fiesz jak ja ciem kocham! – uwiesiła mu ręce na szyi.
- Dziewczyno, masz 16 lat dopiero, ogarnij się z tym piciem – spojrzał na mnie wymownie, a ja pomogłam mu podtrzymać pijaną siostrę.
- Zaniesiemy ją do gościnnego? Dzielę tam z nią pokój – Horan kiwnął głową i zanieśliśmy Horanównę do wymienionego pokoju, gdzie zasnęła jak aniołek. Zamknęliśmy ją na klucz, tak w razie czego. Przekręcając klucz w drzwiach Michael dotknął mojej dłoni i położył ją sobie na sercu.
- Czujesz to? – spytał. Przymknęłam oczy i tak, mimo dość głośnego koncertu Bieber’a słyszałam i czułam. Bicie jego serca. Na szczęście nikt się obok nas nie kręcił, bo to by wyglądało jak scena ze Zmierzchu, no naprawdę. Kiwnęłam głową, otwierając oczy.
- Tak, czuję – wyszeptałam i stanęłam na palcach, a on opuszkami palców dotknął mojego policzka i pocałował mnie czule i słodko. Wymarzony pierwszy pocałunek. Z Michael’em Horan’em. Znałam go od kilku godzin, a planowałam kochać(tak, cholera, kochać!) do końca życia…
(perspektywa Harry’ego)
- Naprawdę zajebisty masz ten towar – wyszczerzyłem się najarany do Logan’a, leżąc na podłodze.
- Prosto z Peru – zaciągnął się skrętem i mi go podał. Wciągnąłem dym w płuca i zacząłem się śmiać. – Co cię tak bawi? – spytał i również zaczął się śmiać.
- No bo… ta mała dziwka… - zachichotałem. – Ona myśli, że ja jej wybaczę. A ja jej nie wybaczę. Niech się pieprzy z kim chce, kogo to obchodzi. Ale ja do niej nie wrócę. Y-ym! – zakaszlałem lekko i znowu dostaliśmy głupawki.
- Co ty robisz Harry?! Wstawaj i to natychmiast! – usłyszałem głos Louis’a. Cholera, Logan nie zamknął drzwi na klucz.
- Już, już mamusiu – podałem dilerowi skręta i z rozbawioną miną popatrzyłem na bruneta. – No co, uderzysz mnie, „panie prawny opiekun”?
- Bardzo zabawne Harry. Koniec imprezy dla ciebie, Logan. Wyjdź – a ponieważ Logan bał się Lou, posłusznie wyszedł. – Nie wolno ci tak mówić o Margaret, jasne? Już mnie mało obchodzą twoje narkotykowe libacje, ale nie będziesz obrażał moich przyjaciół. To tak, jakbyś obrażał siebie, bo jesteś jednym z nich, stary. Ogarnij się trochę – powiedział do mnie.
- Mam. Cię. Gdzieś – wysyczałem mu w twarz i wsadziłem mu skręta w usta. Zgasił go i zgniótł w pięści, po czym wyszedł z pokoju i wrócił na imprezę.
(perspektywa Margaret)
- Wszystkiego najlepszego Liam – odsłoniłam zasłonkę z mojego prezentu. Akwarium z żółwiem. – Miał mieć na imię James, ale… nazwij go jak chcesz – mrugnęłam do niego.
- Nazwę go Chudy – uśmiechał się jak dziecko, wpatrzony w akwarium. – Albo nie, Buzz!
- Wiedziałam, że wybierzesz któreś z tych imion – parsknęłam śmiechem.
- Dziękuję – spojrzał na mnie i mnie uściskał.
- Od Dev masz prezent w pokoju. Podpowiedź: to samo, tylko pluszowe – powiedziałam teatralnym szeptem.
- I’M COOOOOOOMING – i pobiegł do swojego pokoju. A jednak miał w sobie coś z dziecka, hah.
- One Direction są nudni, kiedy są zajęci – mruknęła za moimi plecami Camille.
- Nie mówisz jak Directioner, kochana. Po za tym OD KIEDY ty nią jesteś? – to było zaskoczenie, bo ona wolała muzykę typu Metallica albo Grubson. Rock i rap. A jak dostała limitowaną edycję Up All Night to nawet nie odpakowała, tylko gdzieś rzuciła w kąt. Taaa, jej tata nie umie raczej trafiać w gusta…
- Jakoś tak od dnia, kiedy przyszedł do nas Zayn.
- Haha, dobry żart. Ale serio, kiedy…?
- Ja nie żartuję, mam autograf – pokazała mi na telefonie zdjęcie swojego Yearbook’a z autografem Zayn’a.
- Po co…?
- A ja wiem? Przyszedł, pogadał z Cory’m i wyszedł.
- Ja… zaraz przyjdę – powiedziałam lekko nieprzytomnie i znowu podeszłam do DJ’a Malik’a. Ups, trochę niezręczna sytuacja. Podczas gdy Justin śpiewał Love Me, on i Monika się całowali. Odchrząknęłam znacząco, a oni oboje spalili buraka, odsuwając się od siebie.
- Sorry, nie chciałam przeszkadzać – mruknęłam. – Ale mam do ciebie sprawę zacny DJ’u.
- Co żeś znowu przeskrobał? – parsknęła śmiechem Monia.
- Nie no, takie małe pytanie: po co byłeś o Cory’ego w domu? Camille się chwaliła…
- Po prostu... gadałem z nim.
- Tyle to ja wiem. O CZYM?
- Ja tylko… chciałem… no bo Harry się nie potrafi ogarnąć! A ja nie chciałem patrzeć, jak cierpisz – spojrzał na Monikę, która wydawała się być zachwycona jego troską. Gdyby tylko wiedziała, że to jej chłopak był jednym z powodów naszego rozstania…
- Dziękuję, Zayn – powiedziałam i popatrzyłam znacząco na jego dziewczynę. Wywróciła oczami i kiwnęła głową. Pocałowałam go w policzek i mocno przytuliłam. – No to wracajcie do buzi-buzi zakochańce – wyszczerzyłam się, posłałam im całusa w powietrze i usiadłam obok lekko przybitego Lou na kanapie.
- No co tam? – spytałam.
- Co? – jakby ocknął się z transu. – Znaczy się: nic…
- Przybity jesteś, chodź się bawić!
- Ja po prostu… no wiesz, trasa potrwa z 4 miesiące…
- Miała trwać 2! – zdziwiłam się.
- Paul coś pozmieniał, poprzestawiał i mamy kilka koncertów więcej. W tym 2 w Polsce, Directioners się ucieszą – założył dłonie jakby do modlitwy.
- No to… super.
- Nie aż tak bardzo super. Musimy przestawiać datę ślubu, wszystko się pieprzy – mruknął.
- Przeszkadza jej to aż tak?
- Nie, ale… kurde, dziwnie do zabrzmi… czy mogłaby tu zamieszkać podczas trasy? Przecież po ślubie i tak się tu wprowadzi... – dodał.
- Wow. No… wasza decyzja – uniosłam ręce w geście poddania się. – Ja nie mam nic przeciwko.
- Nina jutro wyjeżdża, prawda? – skrzywił się.
- Czemu wy jej tak nie lubicie?!
- Skrzywdziła Zayn’a.
- A ja Harry’ego.
- Ty to co innego…
- Ja to DOKŁADNIE to samo.
- Nie, bo… no dobra, poddaję się – lekko się uśmiechnął, a ja się zaśmiałam. – Masz ładny śmiech – powtórzył jedne z pierwszych słów, jakie do mnie skierował, gdy się poznaliśmy.
- A ty ulubione warzywo – i poszliśmy po marchewki do kuchni. Mmm!

A ten rozdział akurat mi się podoba, bo dałam proporcjonalnie: trochę śmiechu, trochę płaczu. Dla każdego coś dobrego.
Z dedykacją dla Żanety (
@Mrsstylesbitch) - aczkolwiek iż Liam dostał od ciebie i Moni diamentowy kibel i pocałował cię Michael. Haha. xx
No a do reszty czytelników...
DZIĘKUJĘ! (znowu) za 32 obserwujących, po 20 komentarzy pod każdym rozdziałem(chodź wiem, że nie macie wyboru, haha xx) oraz 13 TYSIĘCY WEJŚĆ! o_O JAK TO SIĘ STAŁO?!?!
With love,
@MargaaStyles xx