czwartek, 15 marca 2012

Rozdział 28: "It's a... long story"

(perspektywa Devonne)
- Hmm… przepraszam? – spytałam jednej z pielęgniarek. – Nie widziała pani niewysokiej brunetki w okularach? Wychodziła może od ginekologa?
- Wybiegła jakby ją coś oparzyło i chyba jest w toalecie – odpowiedziała mi, a ja kiwnęłam głową i udałam się tam.
- Margaret? Jesteś tu? – spytałam. Zero odpowiedzi. Zaglądnęłam „pod drzwi” każdej kabiny, aż w końcu w ostatniej rozpoznałam trampki mojej najlepszej przyjaciółki. – Otwórz mi, proszę – zapukałam. Za drzwiami słyszałam jej płacz i dmuchanie w chusteczkę. Po kilku sekundach otworzyła mi. Całą lewą rękę miała zakrwawioną. – Coś ty sobie zrobiła?! – prawie wykrzyknęłam, ale na szczęście w toalecie byłyśmy same.
- Jestem w ciąży – powiedziała, robiąc płytki wdech. – Będę mieć pieprzone dziecko z Zayn’em – dodała.
Byłam w szoku. Ciężkim szoku. Co miałam jej powiedzieć? Że wszystko będzie dobrze? Próbować pocieszać? Nie. Ona i tak wiedziała swoje.
- Chodź trzeba ci to przemyć – westchnęłam, wkładając jej krwawiącą rękę do umywalki i przemywając opiekuńczo zimną wodą. – A teraz do pielęgniarki – dodałam.
- Nie, to ma zostać – założyła ręce na piersi. – Później poprawię te blizny henną. Niech dziecko wie, kim jest jego matka. Fałszywą zdzirą.
- Przestań tak o sobie mówić, nikt cię nie uważa za zdzirę! – teraz jej zachowanie trochę mnie irytowało.
- Bo prawie nikt o tym nie wie – syknęła. – Dobra, przepraszam – powiedziała po krótkiej chwili, patrząc mi w oczy. – Przepraszam, że… tak cię zjechałam na starcie – mruknęła i chwyciła torbę. – Chcę się stąd wynieść.
- A co z ręką?
- Dobra, to najpierw do pielęgniarki – wywróciła oczami i wyszłyśmy z toalety. Siostra opatrywała Margaret, a ja rozmawiałam na korytarzu z Michael’em:
- No i potem przyszła koleżanka Żanety i zaczęła krzyczeć CO TY Z SOBĄ ZROBIŁEŚ NIALL UŁOMIE?! Po polsku, ja nie wiedziałem o co chodzi i mina WTF, a ona mi to przetłumaczyła, a ja w śmiech – opowiadał mi.
- Cieszę się – mruknęłam, wgapiając się w swoje trampki. Czułam się źle: bez chłopaka, z przyjaciółką w ciąży i jeszcze jako sprawczyni wypadku. – Hmm… mogłeś już iść do Nathan’a? W sensie do jego sali? – spytałam.
- No… nie wygląda to najgorzej – odparł. – Numer 563.
- Jakby co powiedz Margaret, że za chwilę przyjdę – rzuciłam i już mnie nie było. Na sali leżał on sam. Zabandażowana głowa. Zagipsowane wszystko co się da. Leżał bez ruchu na łóżku. Ale przez sen jakby się uśmiechał. Podeszłam bliżej i dotknęłam jego dłoni, z której z gipsu wystawały tylko palce. Zaczęłam grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu czegoś, co mogłabym mu zostawić. Telefon, jakaś kasa, zużyta chusteczka… błyszczyk. Dziwne, ale lepsze to niż nic. Zostawiłam więc kosmetyk na szafce obok łóżka i wyszłam z jego sali, czując lekką ulgę. On żyje. I wcale nie wygląda najgorzej.
- Mike odwiezie nas do domu – oznajmiła mi moja przyjaciółka, nadal zasępiona. Miała zabandażowaną rękę i kartkę ze skierowaniem do psychologa w ręce. – Pieprzona baba, na co mi skierowanie do psychologa? Eh, ale stwierdziła, że jak nie przyjdę to ma numer do Lou albo rodziców.
- To ci dobrze zrobi – próbowałam się uśmiechnąć. Średnio wyszło. Michael przywiózł nas do domu, gdzie Marga od razu zamknęła się w pokoju.
- Wow, pokłóciła się z Cory’m czy co? – spytała Eleanor.
- Nie, to… dłuższa historia – westchnęłam.
(narracja trzecioosobowa)
Minął miesiąc. One Direction nadal byli w trasie. Odwiedzili już Francję, Hiszpanię, Włochy, Majorkę i Grecję. W końcu nie tylko Louis zauważył, że Harry ćpa. Wszyscy dookoła niego to widzieli. Potrafił się ogarnąć tylko na koncerty. Dlaczego się truł? Bo w narkotykach miał swój mały, słodki świat bez zmartwień. Uwielbiał ten świat. Louis próbował go ogarnąć, ale szczerze mówiąc mu nie szło. Niall z każdego kraju kupował zapas ulubionego żarcia. Jeszcze trochę, a nie starczy im miejsca w lodówce w tourbusie!
Margaret zaczęła chodzić do psychologa, który kazał Eleanor usunąć z domu wszystkie niebezpieczne narzędzia. Tak na wszelki wypadek. Dowiedział się też o jej ciąży, czego nie skomentował, ale powtarzał w kółko, że dziecko nie oznacza końca świata, że bliscy jej pomogą. Albo może je oddać do adopcji. Ona i Cory… nie są razem. Zaskoczeni? Nie wydaje mi się. Mimo to naprawdę dobrze się przyjaźnią, jak kiedyś. Po prostu są bliżej niż normalni przyjaciele. Obecnie była na fazie „jestem taka wesoła, a zaraz taka smutna, a teraz dajcie mi jeść albo was pozabijam!”.
Devonne codziennie odwiedzała Nathan’a w szpitalu. Dzień w dzień. Miał się obudzić po trzech tygodniach, ale lekarze powiedzieli, że jeszcze tydzień. Lada dzień powinien się obudzić. Przynajmniej taką mają wszyscy nadzieję. I codziennie rozmawia z Niallerem przez Skype’a albo telefon, bo ma wyrzuty sumienia, że odwiedza praktycznie obcego chłopaka, a jej własny jest daleko.
Monika i Zayn nic nie wiedzą o ciąży Margaret, jak z resztą prawie wszyscy. W końcu będzie musiała im powiedzieć, choćby to było boleśniejsze od porodu.
Miłość na odległość Żanety i Michael’a rozkwitała. Co jeden pocałunek robił z człowiekiem…? Aah, to jedni z niewielu, którym się układało. Teraz zobaczą się dopiero na ślubie.
Eleanor i Danielle(która chyba sobie trochę przedłużyła pobyt…) organizują wszystko na ślub. Kobiety, spokojnie, zostały 3 miesiące! Reszta dziewczyn też im pomaga. The Tommo nie ma prawa nic się odzywać, haha. Liam podobno szuka przepisu na Marchwiowe Kraboburgery. Przebrał się za Planktona i próbuje go wykraść, ale Pan Krab aka Harry nie pozwala mu ruszać swoich przepisów, na których straży stoi SpongeBob aka Niall. I taki tam Zayn jako Skalmar. Louis jako Patryk, haha.
Cały świat obiegł nowy singiel Bieber’a z „tajemniczą, nową Perry”. Ostatnio Margaret zauważyła nawet, że ma fan club na Facebook’u. Jak miło. A Paul założył jej fanpage, który chcąc nie chcąc musiała prowadzić i udawać, że wszystko jest dobrze. A Drunk? Rozchodził się jak świeże bułeczki. Ed był wniebowzięty i w każdym wywiadzie powtarzał, jak bardzo uwielbia „dziewczynę z okładki” czyli autorkę tekstu i po części muzyki. Ładnie ładnie „tajemnicza dziewczyno Perry z okładki”.
Na urodziny Michael’a, które zrobił 13 września przyszło kilka osób: The Wanted(którzy okazali się całkiem spoko gościami), nasze zacne dziewczęta(bez Żan, która niestety kiblowała w szkole) oraz paru członków rodziny. Przecież jego brat był w trasie, starszy brat, młodsza siostra i biologiczni rodzice w Irlandii, a przyszywany brat w śpiączce. Niezła osiemnastka, nie powiem. Ale mimo wszystko było ok.
(perspektywa Devonne)
- Nadal nieprzytomny? – spytałam jak co dzień siostrę Ferency. Był 12 października.
- Właściwie… dzisiaj rano się wybudził. Teraz… – ale zanim skończyła drugie zdanie, biegłam już w stronę jego sali. Siedział – jeśli można to tak nazwać – na łóżku szpitalnym i oglądał coś w telewizji.
- O Matko, Nathan! – wykrzyknęłam na jego widok. Nie miał już gipsu na tułowiu, bo żebra się zrosły, obie ręce też, więc miał tylko nogi w gipsie oraz zapewne bliznę na czaszce. Spojrzał na mnie zszokowany, a ja podbiegłam i go przytuliłam. Boże widzisz, a nie grzmisz, co ja robię…
- Devonne, hej – uśmiechnął się, gdy już go puściłam. – Ale masakra. Tyle spać – parsknął śmiechem. Również się zaśmiałam. On był taki zabawny!
- Michael już u ciebie był? – spytałam.
- Nie, ale dzwonił, że wpadnie wieczorem. Em… zostawiłaś chyba coś – podał mi błyszczyk.
- Nie, zachowaj… albo dobra, daj – zaśmiałam się. – No bo w sumie po co ci to – dodałam, siadając na krześle obok, a tymczasem na salę wkroczyło czterech chłopaków z The Wanted.
- Eeem… chłopaki, to Dev – przedstawił mnie Nat.
- Miło poznać – wyszczerzył się Jay.
- Miło, miło, ale czy mogłabyś wyjść? – wypalił Max.
- Że co proszę?!
- To nic osobistego, po prostu… to prywatna sprawa – dodał Siva.
- Okeeej… - odpowiedziałam przeciągle i wyszłam. Z 10 minut stałam pod drzwiami, aż w końcu zaglądnęłam do środka przez małe okienko w nich.
No więc 4/5 z The Wanted poprzebierali się w hobbity, a Nathan miał na głowie czapkę i brodę czarodzieja. Co oni, Władcę Pierścieni odwalali?!
„It’s Gotta be…” – śpiewali.
YOU – dodałam w myślach.
„… GANDALF!” – wydarł się Nathan.
Że co proszę?! Przerabiali piosenkę 1D do zabawy w hobbitów?! Hahahaha, dobree.
(perspektywa Margaret)
- Więc powiadasz, że zacni panowie przyjadą za tydzień? – spytałam Monię, podczas gdy Dev była w szpitalu, a ja się w domu nudziłam, bo El i Danielle pojechały wybierać jakieś kwiaty na ślub.
- Zaprawdę powiadam ci, Zayn i Niall przybędą – kiwnęła głową.
- Przyjaciele majne zacni. Szkoda iż Carrot nie przyjedzie.
- Ja wiem, że ty Carrot’a uwielbiasz naszego dlategoż iż on będzie spełniał swój obowiązek i zaiście pilnował Hazzy.
- Hazza sobie radzić potrafi – powiedziałam już nie-szlacheckim tonem.
- Co się stało?
- Nutella się skończyła – burknęłam.
- A tak serio?
- Mówię, kurwa, Nutella się skończyła!!!
- Ej, ogarnij trochę, bez paniki, tak? Kupię ci!
- Kup mi jeszcze maszynę czasu to sobie wrócę do początku sierpnia i nie będę w pieprzonej ciąży z twoim chłopakiem!!! – krzyknęłam jej w twarz i zatkałam usta dłonią. Tak, to nie było zdecydowanie to, co chciałam jej powiedzieć.
- Ja… po prostu… wychodzę – mruknęła przez łzy i minęła się w drzwiach z Devonne, która była cała roześmiana. Chodzący optymizm. Ale na widok Moni zrzedła jej mina.
- Chyba jej nie powiedziałaś? – uniosła brew.
- Nie – zaśmiałam się histerycznie. – Nie, wykrzyczałam jej to w twarz, bo nie miałam jebanej Nutelli! DAJ MI FOLĘ BĄBELKOWĄ!!! – przyjaciółka podała mi kawałek tego, co chciałam, bo zostało tego pełno ze sprzętu, jaki dostali chłopaki na urodziny. Wgapiałam się w telewizor oglądając powtórki Glee i pykałam sobie folią. Po dwóch godzinach zadzwonił mi telefon:
- Czego dusza jęczy? – mruknęłam nawet nie patrząc, kto to.
- Idziesz na łyżwy? – usłyszałam głos Cory’ego w słuchawce.
- Nie, przeżywam kryzys egzystencjonalny.
- Kryzys… co?
- Nie ważne. Oglądam całe Glee od początku. Jestem na 4 odcinku, więc na razie trochę mi zostało.
- Czy ja słyszę strzelanie w folii bąbelkowej?
- Zeeejdź ze mnie – jęknęłam. – Do zobaczenia jutro w szkole – dodałam.
- Tak, tak, pa – odpowiedział i rozłączył się. Quinn właśnie mówiła Finn’owi, że jest z nim w ciąży. Akurat. No, ale dał się nabrać, mimo iż tak naprawdę Puck był ojcem. Przynajmniej ja nie kłamałam. Ale ona była w panice, mając 16/17 lat, a ja… czternastolatka w ciąży. „Tajemnicza dziewczyna Perry z okładki, matka dziecka Zayn’a Malik’a”. Super tytuł.
Przez 5 dni nie odzywałam się do Moni, z domu ruszałam się tylko do szkoły. A zamiast cięcia się znalazłam nowe zajęcie: folię bąbelkową. Mimo wszystko pykanie z rąk robi się nudne, więc próbowałam zębami. Średnio mi to szło.

No i dupa, nienawidzicie mnie za ciążę. I dobrze, bo ja siebie też, haha. A teraz mnie nienawidźcie bardziej, bo Monia się dowiedziała. Błahahaha!
"Gotta be Gandalf" i ogólnie scena w sali Nathan'a to oryginalny sen zacnej Dands. Hahaha Siostro, co się dzieje z twoją psychą po The Wanted! XD
Z dedykacją dla Moni (@orangedirection) iż ponieważ powstrzymała mnie od wstawienia #bitchslap("nie rób ze mnie suki", haha:D), dla Natalii (@HazzaConda) za to LARRY u niej(*____________*) i dla Marty (@Maartuchaaa) za jej 58 rozdziałów(PODZIWIAM!) ♥
I love you all xx

+ CZYTASZ = KOMENTUJESZ! :)

sobota, 10 marca 2012

Rozdział 27: "He always wanted wedding in Valentine's Day"


- Więc przenosisz wszystkie „iksy” na lewo, a normalne liczby na prawo, ale tym co przenosisz zmieniasz znak. Rozumiesz? – tłumaczyła mi następnego dnia matmę Eleanor.
- Mhm – mruknęłam i dokończyłam równanie. – Dzięki – uśmiechnęłam się do niej.
- Nie ma za co. Gdzie jest Devonne?
- Poszła do szpitala z Michael’em – odpowiedziałam. – Idę na spacer z Monią, przyjdę na kolację, ok? – powiedziałam, a ona tylko pokiwała głową. Ubrałam kurtkę i adidasy, bo było dość zimno. Pieprzona brytyjska pogoda. Ale chociaż było sucho…
- Rozmawiałam dzisiaj z Żan i mówiła, że zaprosiła na ten ślub Michael’a, wiesz? – powiedziała mi.
- Wow! Nie żartowała z tym „ciachem”. Dziwię się, że nie zaprosiła Harry’ego – kopnęłam kamień przed sobą.
- Mówiła, że był jakiś dziwny i wąchał jej włosy.
- Pewnie za dużo wypił – wzruszyłam ramionami. – Mówiłam ci o Nathan’ie?
- Nie musiałaś. Żaneta ciągle chatuje z Mike’m i powiedział jej o wszystkim. Cholera, on naprawdę się zakochał…
- Ekhem, nie zapominaj o Nialleru! – sprowadziłam ją na ziemię.
- Just sayin’! – uniosła ręce w geście poddania. – Tęsknię za Zayn’em… - zrobiła smutną minkę.
- Nie ma ich dopiero tydzień… Ale rozumiem cię, dziwnie tak w domu bez nich. Taka oaza czystości i spokoju – parsknęłam śmiechem.
- A co… co właściwie się stało?
- Masz zaniki pamięci? Wyjecha…
- Chodzi mi o ciebie i Hazzę.
Zatkało mnie. Jakoś nikt wcześniej nie dociekał, o co poszło. Nieporozumienie, kłótnia i tyle. A najgorsze było to, że pytała mnie Monika. Zayn by mnie ukatrupił, jakbym jej powiedziała. Ona by mnie za to ukatrupiła!
- Emm… Muszę o tym opowiadać? – westchnęłam.
- Nie chcę być wścibska, ale po prostu mnie to ciekawi – odparła spokojnie. – Znaczy mam nadzieję, że teraz jesteś szczęśliwa, ale…
- Wiem co widać, brak chemii między mną a Cory’m. Jestem tego świadoma. Ale ja go lubię, on mnie lubi, co w tym złego? – wzruszyłam ramionami, chowając ręce w kieszeniach kurtki.
- Między Niną i Liam’em też jest brak chemii. Po za tym prawie ze sobą nie przebywają. Cholera, tak trudno wyczuć miłość. Ale gdyby się nie kochali nie wytrzymali by bez siebie. Czy Bóg musi tak to cholernie komplikować?! – uniosła ręce i głowę do nieba wywołując we mnie atak śmiechu.
- Chrystus tak chciał!!! – wykrzyknęłam słowa mojego kolegi ze starej klasy w Polsce i obie dostałyśmy głupawki. Nagle w głowie mi zawirowało, zachwiałam się i upadłam na trawę. Monia pomogła mi wstać, nadal się śmiejąc. Pewnie myślała, że zrobiłam to specjalnie. Ale ja spoważniałam i spojrzałam na zegarek: była już siedemnasta, a godzinę kolacja.
- Nie boisz się tak sama w domu mieszkać? – zdziwiłam się.
- Kwestia przyzwyczajenia – wzruszyła ramionami. – Po za tym czasami przychodzi Zayn… - zarumieniła się.
- Wy… znaczy się, nie żebym była ciekawa, ale…
- Tak – odpowiedziała krótko. Pokiwałam głową i odchrząknęłam:
- Może przyjdziesz do nas dzisiaj na kolację? Dzisiaj Eleanor gotuje – dodałam.
- Hmm… Odgrzewana pizza kontra super danie od El… No trudny wybór – zaśmiała się. – Jasne, no to idziemy?
- Taa… - mruknęłam, patrząc na ławkę, na której napisałam Drunk.
- Co z Nathan’em? – spytałam Devonne, jedząc spaghetti.
- Nadal w śpiączce – grzebała w talerzu, ale mało jadła. I znałam tą minę. Martwiła się. – I stwierdziłam, że co 2 dzień będę mu oddawać 25ml krwi – westchnęła.
- Żartujesz, prawda?! – odezwała się z ustami pełnymi makaronu Eleanor. I nawet wtedy wyglądała ślicznie.
- Mam taką grupę jak on – wzruszyła ramionami.
- Nie Devvie, ja mu jutro oddam. Mam 0Rh+, to taka uniwersalna. I tak się wybieram do tego szpitala jutro, wysłała mnie do ginekologa ta pediatra, jakaś dziwna – zjadłam trochę spaghetti.
- Ja to uważam za zły pomysł, żebyście w ogóle oddawały tą krew – stwierdziła El.
- Zawsze chciałam być honorowym dawcą, im wcześniej, tym lepiej – wzruszyłam ramionami.
Wieczorem przyjechała do nas Camille, na przepustkę z internatu, bo chciałyśmy zrobić taki babski wieczór: ja, Devonne, Monika, Camille, Eleanor i Danielle. Tak moi drodzy, Danielle Peazer. To, że rozstali się z Liam’em nie skreśla jej z listy moich znajomych.
- Kurde w końcu jakieś normalne towarzystwo. Od tej pijanej Bridget i zielonowłosej Niny na wymioty mnie zbierało – mruknęła Camille, którą zdążyłam już poznać z resztą dziewczyn. – Danielle, dlaczego nie wpadłaś na osiemnastkę? Ale było party hard! I Ed Sheeran, Justin Bieber… DJ MALIK!
- Ty tam, młoda, DJ Malik jest mój – wyszczerzyła się do niej Monika.
- Byłam w trasie z Cher Lloyd jako tancerka w tle. No wiesz, USA i te klimaty – odpowiedziała jej Danielle, związując gęste loki w koński ogon.
- Ale od mojego ślubu się nie wymigasz! – dała jej kuksańca w bok El. – Trasa kończy się na początku lutego, więc planujemy na Walentynki.
- Harry zawsze chciał wziąć ślub w Walentynki – wypaliłam z kamienną twarzą. Dziewczyny spojrzały na mnie, a ja wybuchnęłam nagle histerycznym płaczem. Devonne tylko mnie przytuliła, bo wiedziała, że w takim wypadku po prostu muszę się wypłakać i tyle.
- Ej, kto to? – wskazała na zdjęcie w telefonie Dev Camille.
- To to ciacho z The Wanted, Nathan Sykes – odpowiedziała jej szybko Danielle. Akurat przestałam płakać, więc z czerwonawymi oczami mogłam zrobić zabójczy wzrok.
- Taki tam brat przyszywany Michael’a – zaśmiała się Monika. – W ogóle weźcie, Żan coś przed nami ukrywa.
- Dum dum dum duuuum – mruknęłam jak na filmach.
- No bo tam czatuje z Michael’em, ten jej dodaje słit komentarze pod zdjęciami na Facebook’u, takie konwersacje mają na Twitterze. Jeden cud-miód – zdała nam relację.
- On ma urok Horan’ów, temu trudno się oprzeć – stwierdziła Devonne.
- Tak, tak, to też. A ona ma urok naszej Żanci – wyszczerzyłam się, a potem popatrzyłam Moni w oczy i znowu wybuchnęłam płaczem. Jak mogłam sobie żartować, podczas gdy obie straciłyśmy dziewictwo z tym samym chłopakiem? W tym samym miesiącu? Ba, w tym samym tygodniu może nawet.
- Co ci dzisiaj? – zdziwiła się Camille.
- Nic, dobra, nie ważne – mruknęłam przez łzy. – Ostatnio mi coś odwala – dodałam i resztę wieczoru spędziłyśmy na ploteczkach.
(perspektywa Devonne)
Następnego dnia po lekcjach poszłam od razu do szpitala.
- Kiedy się obudzi? – spytałam na poczekaniu lekarza.
- Około trzech tygodni – odpowiedział. – Masz zamiar tak codziennie tu przychodzić? – uniósł brew.
- Chcę oddawać dla niego krew.
- Niestety pielęgniarka, która ci ją wczoraj pobrała została zwolniona. To nielegalne pobierać krew od osoby niepełnoletniej.
- A co jeśli jest zagrożenie życia?
Lekarz zamilknął, a potem odchrząknął:
- Przykro mi – odparł tylko i poszedł przed siebie. Nie no to, super. Nie ściągną mi np. nie wiem, Margaret z grupą uniwersalną, bo jest niepełnoletnia. Dobrze wiedzieć, gdzie nie zagrażać sobie życia.
(tymczasem, perspektywa Margaret)
- Dzień dobry – przełknęłam ślinę, wchodząc do gabinetu ginekologa. Była to młoda kobieta o krótkich, rudych włosach i brązowych oczach.
- Cześć, witaj. Margaret, tak? Zapraszam – poklepała miejsce na kozetce i włożyła rękawiczki. – Pierwszy raz tutaj?
- Tak. Mam pani pokazać kalendarzyk czy coś? – spytałam.
- Nie, to nie jest potrzebne, ale rozbierz się.
Jak kazała, tak zrobiłam. Zrobiła, jak to nazwała, „podstawowe badania”, ale miała taką dziwną minę…
- Kochanie, czy ty… czy ty się już z kimś kochałaś? W sensie fizycznym?
- Ja… - zaczerwieniłam się po sam czubek głowy. Cholerna błona dziewicza. – Tak – westchnęłam, a ona spuściła wzrok, zdjęła rękawiczki i wzięła mnie za rękę. A to dziwne…
- Bo wiesz o tym, że jesteś za młoda, prawda? – brzmiała naprawdę, jakbym nie wiem, zabiła kogoś…
- Wiem, ale… nie chcieliśmy, po prostu…
- Nie no, ja to święcie rozumem, młodzi, głupi, tak, tak, tak… Ale nie pomyśleliście o zabezpieczeniu?
- Co pani ma na myśli?! – powiedziałam głośnym szeptem, czując, że w gardle rośnie mi gula.
- Jesteś w trzecim tygodniu ciąży – oznajmiła oficjalnym i pełnym zawodu tonem. Osunęłam się z kozetki na podłogę i przez długi czas wpatrywałam się w przestrzeń przed sobą. Ja nie mogłam być w ciąży. Testy nie kłamią. Nie mogłam nosić w sobie dziecka Zayn’a. Ale wszystko powoli mi się układało: wymioty, huśtawki nastrojów... Miałam dopiero 14 lat, do cholery! Co z moją karierą, normalnym życiem? Co z karierą One Direction…?
- Margaret… Jeśli chcesz, mogę cię skierować do psychologa, pomoże ci...
- Kiedy i gdzie mogę usunąć to dziecko? – spytałam oschle ignorując spływające po policzkach łzy.
- Ja… nie mogę dać na to zezwolenia. To nie zagraża ani twojemu życiu i zdrowiu, ani dziecka. Wierzę w ciebie. I mam nadzieję, że ojciec dziecka też ci pomoże – powiedziała, pomagając mi wstać.
- Ojciec dziecka wyjechał i wróci za jakieś pół roku – mruknęłam.
- Zaraz… Margaret Perry, prawda? Moja córka uwielbia twój cover z Bieber’em i powiedziała, że ty i Harry… czy to on jest ojcem?
- Nie mogę udzielić pani tej informacji. Dziękuję… do widzenia – chwyciłam torbę, wybiegłam od ginekolog i pobiegłam do toalety. Zamknęłam się w kabinie, a z piórnika wyjęłam cyrkiel. Zaczęłam ryć sobie na ręce napis BITCH. Bolało jak diabli, a krew spływała po białych i sterylnych kafelkach, ale nie dbałam o to. Byłam w ciąży z Zayn’em. Zniszczyłam mu i sobie życie. Jego związek. Zespół. Zraniłam Harry’ego. Cory’ego. Teraz pokutowałam, za wszystko. Ale chociaż nie byłam sama. Siedziało we mnie to dziecko i płaciło razem ze mną.
- Za takie jak my. Wyrzutki i anomalia społeczne – mruknęłam do płaskiego brzucha i oblizałam z krwi końcówkę cyrkla. – Za nas.

Boo! No i macie 27 rozdział. Zaskoczeni ciążą? Nie wydaje mi się, przewidywalna jestem, haha. W każdym razie proszę, macie. Bijcie mnie za to, hahaha. NIE, NIE BOJĘ SIĘ XD
I jeszcze jedna informacja, co do nowego bloga. TUTAJ macie bohaterów, Prolog 30 marca, wtedy, kiedy dodam tu Epilog. Mam nadzieję, że będziecie czytać. Nowa historia będzie nieco inna niż wszystkie, ale... sami zobaczycie. To będzie bardziej dramat niż komedia, mówię od razu.
@MargaaStyles xx

wtorek, 6 marca 2012

Rozdział 26: "Why you so mean to me?"


Pod koniec imprezy wpuszczono kilka gazet do porobienia zdjęć z niej. Już widziałam w gazetach swoją podpisaną przez Ed’a koszulkę i komentarze co do niej. Justin też był dla dziennikarzy dość miłym zaskoczeniem. A potem się oficjalnie żegnaliśmy, bo chłopcy jutro odsypiali imprezę(w sumie to był ten sam dzień, impreza się skończyła ok. 4 nad ranem), a 1 września wyjeżdżali do Londynu na pierwszy koncert, a potem prosto do Paryża na kolejny. Miałam nie widzieć moich przyjaciół przez 4 kolejne miesiące. Dołujące, ale przecież nie mogli zawieść fanów. Dziewczyny całowały się ze swoimi chłopakami, przytulały 4 pozostałych. Ja przytuliłam, wycałowałam w policzki i w ogóle Niall’a, Louis’a, Zayn’a i Liam’a… I przyszła pora na Harry’ego. Staliśmy naprzeciwko siebie w niezręcznej ciszy. W końcu odchrząknęłam i powiedziałam:
- No to… powodzenia – wyciągnęłam do niego dłoń, którą uścisnął i lekko się uśmiechnął. A potem wsiadł do podstawionego pod dom tourbusu. Żegnajcie, One Direction. Au revoir!
Dziwnie było schodzić na śniadanie, będąc tylko z Devonne i Eleanor w wielkim domu. Żaneta pomieszkała u nas do 31 sierpnia, tak samo jak Nina, a potem wróciły do Polski i Szkocji, w końcu miały szkołę… Wielki, pusty dom na wsi. Jak nawet wstawałam w nocy po wodę do kuchni to było przerażające, że tylko za jednymi drzwiami ktoś jest…
Po kilku dniach Ed pojechał do studia, żeby nagrać Drunk, który stał się jego nowym, oficjalnym singlem promującym rozszerzoną wersję jego debiutanckiego albumu. Brzmiało to tak… dostojnie. A na okładce singla moje uśmiechnięte zdjęcie wycięte z gazety, gdzie pół twarzy zasłaniają mi rozpuszczone włosy i pokazuję palcem na swoją koszulkę.
Ale nadal wymiotowałam rano. Raz niechcący nie zamknęłam drzwi na klucz i do łazienki wparowała Devonne.
- Cholera – mruknęłam, wycierając twarz papierowym ręcznikiem, który zawsze miałam pod ręką, a potem wypłukałam usta wodą.
- Naprawdę długo to masz. Idź do lekarza – poleciła.
- Liam dał mi jakieś leki…
- Pomogły?
- Nie.
- To idź do lekarza – uparła się.
- Dobra, dobra, PÓJDĘ! Jutro – umyłam zęby i zaczęłam się szykować do szkoły. A co, myśleliście, że miałyśmy labę? Jakby nas złapali na wagarowaniu to by nam się dopiero dostało! W szkole nuda, jedyne co mnie pocieszało, to widok Cory’ego na kilku lekcjach i każdej przerwie. Chyba trochę dołowaliśmy Devonne tym, że jej chłopak wyjechał, a mój był „pod ręką”, ale nie wspominała o tym…
(perspektywa Devonne)
Wracałam właśnie z przystanku autobusowego, bo to po wyjeździe Louis’a był nasz jedyny środek transportu. Margaret poszła sobie do Cory’ego w Londynie, więc wracałam sama. Cholera, dlaczego musiał być tak podobny do Niall’a?! Ale spokojnie, nie zakochiwałam się w nim. Proszę was, ja widziałam jak siadał na nocnik, haha.
- Devonne! – krzyknął ktoś za moimi plecami. Odwróciłam się. Przede mną stał ni mniej, ni więcej tylko Nathan Sykes.
- Oh, zapomniałeś mi przypomnieć, że twój adoptowany brat to brat bliźniak Niall’a? – zatrzepotałam rzęsami.
- Nie myślałem, że to cię obchodzi.
- Nie, wcale, nie obchodzi mnie mój chłopak. Nie, w ogóle – parsknęłam udawanym śmiechem.
- Dlaczego jesteś dla mnie taka niemiła?! – spytał, wykrzykując mi to w twarz.
Dlaczego, Nathan? Bo mi się podobałeś? Bo ta cholerna wróżba przeznaczyła mi kogoś na „N” i mimo iż byłam niemal pewna, że to Niall to miałam wątpliwości? Bo mamy podobny gust co do książek? Bo…
- BO CIĘ LUBIĘ, IDIOTO! – krzyknęłam w końcu, wychodząc na pasy na drodze. Zobaczyłam błysk. Nathan skoczył i mnie odepchnął. Upadłam tyłkiem na chodnik, ale on… kierowca po prostu po nim przejechał. Roztrzęsionymi rękami wyjęłam telefon i zadzwoniłam po pogotowie. Wokół jego poturbowanego ciała była ogromna kałuża krwi. Po policzkach lały mi się łzy strumieniami. Ledwo wydukałam miejsce, w którym jesteśmy. Podeszłam do nieruchomego ciała piosenkarza. Chyba oddychał, bo unosiła mu się klatka piersiowa. To dobry znak. Odetchnęłam głęboko, ale nadal cała się trzęsłam. Pogotowie zabrało nas oboje, ale ja miałam tylko stłuczony tyłek i zadrapane ramię. A on…
- Co z nim? – spytałam lekarza na ostrym dyżurze.
- Trwa operacja, złamał 3 żebra, ale na szczęście żadne nie wbiło mu się w płuco. Nie oszukujmy się, to auto po prostu po nim przejechało. Wyliże się, ale na to potrzeba czasu. Dużo czasu. Będzie w śpiączce przez jakiś tydzień, dwa, może nawet miesiąc. To się okaże – odparł. – Jesteś jego dziewczyną? – spytał w końcu.
- Nie, ale… - lekarz uniósł brew. – Nathan uratował mi życie. Gdyby nie on, to ja teraz bym leżała na stole operacyjnym – i oczy znowu zaszkliły mi się łzami. – Przepraszam pana… - mruknęłam i z pomocą chusteczek jakoś się ogarnęłam. Postanowiłam zadzwonić do Eleanor, najstarszej osobie w naszym domu. Sygnał, dwa… „Jeśli nie odbieram, to znaczy, że jestem zajęta, zostaw…”. Rozłączyłam się. Eh. No to dzwonimy do Margaret…
- Halo? – odebrała po pierwszym sygnale.
- Jestem… przyjedź do tego szpitala niedaleko szkoły, ok?
- Boże, co ci się stało?! – spytała przejęta.
- Mi nic, ale… przyjedź. Może od razu pójdziesz do lekarza.
- Ok… Do zobaczenia na miejscu – odpowiedziała i rozłączyła się.
- Jaką masz grupę krwi? – spytała mnie pielęgniarka.
- Ee… A Rh+ - przypomniałam sobie.
- Bo twój przyjaciel… Ile masz lat?
- 14.
- Cholera. Ale 25ml możesz oddać w sumie… - mruknęła pod nosem. – Bo chyba chcesz oddać krew dla przyjaciela, prawda?
- T-tak… - odparłam, chodź za „przyjaciela” go nie uważałam. Po pobraniu krwi kazali mi zjeść ciastko i popić sokiem. Mmm. No i po wyjściu z krwiodawstwa na korytarzu zastałam Margaret, umawiającą się na wizytę. Wykłócała się o coś z recepcjonistką.
- Mój opiekun prawny jest we Włoszech albo Hiszpanii, a moi rodzice w Polsce, więc albo pani dzwoni albo wyrzygam sobie gardło! – usłyszałam. Cała Margaret… W końcu kobieta poddała się i wzięła od niej telefon. Zaczęła wpisywać jakieś dane na kartkę i podała ją mojej przyjaciółce, która popatrzyła na mnie ze zwycięskim uśmiechem.
- Dobra, co się stało? – spytała, chowając kartkę do torby.
- Nathan mnie uratował.
- Pan „Oh Jaki To Ja Nie Jestem Bo Jestem W The Wanted”? – uniosła brew.
- Ej, to nie jest śmieszne, ona ma teraz poważną operację – broniłam go.
- Nie żartujesz… - spoważniała. – No to… no współczuję mu… - zmieszała się, a ja westchnęłam i opowiedziałam jej, co się wydarzyło.
- Powinnaś mu podziękować. No wiesz, całus w policzek czy coś…
- Żartujesz, prawda? Albo niedosłyszysz. Od tygodnia do miesiąca będzie w śpiączce!
- Czy ja mówię, że teraz? Ale TERAZ-zaraz to ja mam wizytę u lekarza, na dole. Jakby co to mnie szukaj w poczekalni do pediatry – powiedziała i zjechała windą na dół.
(perspektywa Margaret)
- Co ci dolega? – spytała puszysta lekarka w średnim wieku.
- Od ponad dwóch tygodni co rano wymiotuję, ale NIE wywołuję tych wymiotów – dodałam wiedząc, że pewnie obstawi bulimię.
- Rozbierz się – poleciła. – Co jadasz?
Zdjęłam sweter przez głowę, a włosy mi się naelektryzowały.
- Mięso, trochę owoców, warzywa, a zwłaszcza marchewki, zapewne dużo cukru…
- Mhm – mruknęła przyglądając mi się, a ja ściągnęłam podkoszulek przez głowę i stałam przed nią w samym staniku. Zaczęła mnie normalnie badać, jak oddycham, zajrzała do gardła itd.
- Masz trochę podrażnione gardło, ale to zapewne od tych wymiotów. Brałaś na to jakieś leki?
- Liam… znaczy się… bo ja mieszkam z One Direction, wie pani… - kobieta pokiwała głową. – No i on mi dawał taką herbatkę ziołową. I jakieś tabletki – wymieniłam jej nazwy.
- Nie, to powinno było ci pomóc, nic innego nie przepiszę… hmm… może to kwestia hormonów? Ubierz się – poleciła i tak też zrobiłam. – Masz tu skierowanie do ginekologa, ale przyjmie cię pojutrze, bo ma zwalone terminy – podpisała jakiś papierek i podała mi go. Zaśmiała się z mojej spanikowanej miny. – Spokojnie, to kobieta. Hetero-kobieta – dodała.
- Dziękuję pani… Do widzenia – wyszłam z gabinetu. Ok, od kiedy hormony miały w ogóle coś wspólnego z żołądkiem, no bo ja nie rozumiem?! Ale miałam tylko wiedzę o tym z lekcji biologii, więc nie wnikałam…
(tymczasem, perspektywa Harry’ego)
- Cholera, długo jeszcze tam będziesz siedział?! – walił w drzwi łazienki tourbusu Zayn, a ja mruknąłem pod nosem przekleństwo. Czy on nie wie, że wstrzykiwanie trochę trwa?! W trasie nie mogłem palić skrętów, bo zaraz byłyby jakieś plotki w gazetach, ale równie dobrze mogłem sobie towar wstrzykiwać. Logan zdążył pokazać mi jak, zanim Louis go wyrzucił. Wbiłem sobie igłę w żyłę, wstrzyknąłem narkotyk i odpłynąłem w swój piękny świat bez zmartwień. Po kilku minutach Zayn się poddał i przestał uderzać w drzwi, więc mogłem się jeszcze bardziej zrelaksować. Autobus spokojnie jechał, prosto do Rzymu, promienie słońca wpadały przez małe okienko, a ja uśmiechałem się naćpany do siebie. To było moje szczęście…

No taki sobie rozdział, mi się średnio podoba, ale liczy się wasza opinia ;)
Pytanie do was, Czytelników. Naprawdę ważne, odpowiedzcie na nie w komentarzu. A więc... Ten blog będzie miał jeszcze jakieś... 6 rozdziałów? No jakoś tak. I mam zamiar zacząć nowego bloga. To dla mnie naprawdę ważne. Na razie mam tylko zarys pomysłu i będę tęsknić za tą, tu obecną historią. Ale kończę ją, trzeba iść dalej. Będziecie go czytać? Prolog dodam w dzień dodania epilogu tutaj.

@MargaaStyles